Z niepokojem przeczytałam o zmianach w finansowaniu nauczania domowego. Zmniejszenie dotacji na tę formę nauczania to kolejna szybka i chyba niezbyt dokładnie przemyślana decyzja.
Ponad 33 lata spędziłam w systemie oświaty. Miałam okazję poznać pracę w szkołach publicznych, niepublicznych: prywatnych i społecznych, prowadziłam nauczanie indywidualne, uczyłam w klasach integracyjnych.
W mojej ostatniej placówce wspierałam nauczanie domowe dzieci polskich, które na stałe lub czasowo przebywają za granicami kraju. Ich rodzice dbając o edukację swoich dzieci, chcąc zapewnić im kontakt z językiem polskim i ułatwić ewentualny powrót do polskiego systemu oświaty organizują dla nich nauczanie domowe. Jest ono wspierane przez specjalne programy, dzięki którym uczniowie mogą uczyć się przez internet. Biorą udział w webinariach, otrzymują podręczniki na zasadach przewidzianych dla uczniów polskich. Raz w roku stawiają się na egzaminy klasyfikacyjne w szkole macierzystej i po uzyskaniu pozytywnych wyników otrzymują świadectwo polskiej szkoły. Placówka taka ma także obowiązek zorganizowania egzaminów zewnętrznych dla tych uczniów.
Mogę sobie wyobrazić, jakiego zaangażowania i ilu wyrzeczeń wymaga zarówno od uczniów jak i ich rodziców równoległe realizowanie programów nauczania dwóch szkół: zagranicznej i polskiej.
Ile czasu trzeba poświęcić, żeby być na bieżąco i stanąć do egzaminów zewnętrznych. Różnice programowe, problemy językowe to wyzwania, którym trzeba stawić czoła. Mogę sobie wyobrazić jak trudno maluchom uczyć się pisać i czytać w dwóch językach jednocześnie. Ile godzin zabawy przeznaczonych jest na "zabawę w szkołę".
Czy nasze państwo musi oszczędzać akurat w takich obszarach? Moim zdaniem NIE!!!
Witam na moim blogu. W większości będzie poświęcony edukacji, pojawią się też dygresje.
30 grudnia 2015
27 listopada 2015
Mieszać w jedną stronę (część 2) - sześciolatki w szkole
Pomysł poprzedniej ekipy rządzącej o obniżeniu wieku szkolnego przyjęłam bez większych emocji pewnie dlatego, że 50 lat temu byłam sześcioletnią pierwszoklasistką. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że moja szkoła nie poczyniła najmniejszych przygotowań na przyjęcie sześciolatki.
Z nauką radziłam sobie nieźle, ilość kleksów, które robiłam, nie odbiegała od przeciętnej.
Nie widzę nic złego w rozpoczynaniu nauki w szkole w wieku 6 lat. Dzieci zaczynają się uczyć znacznie wcześniej i czy miejsce, w którym się uczą nazwiemy żłobkiem, przedszkolem, czy szkołą jest sprawą drugorzędną.
Sprawą pierwszorzędną wydaje się ustalenie, czy dla tego konkretnego dziecka wiek sześciu lat jest optymalny.
Ważne jest także - niezależnie od wieku - czego i jak mają się uczyć dzieci, stworzenie warunków przyjaznej edukacji, z zapewnieniem indywidualnego wsparcia "na starcie" w możliwie szerokim zakresie.
Dużą rolę odgrywa zaakceptowanie - także przez rodziców - różnego tempa rozwoju dzieci i zrezygnowanie z porównywania z innymi: bo Krzyś już czyta, a ty nie; a Hania tak ładnie pisze - postaraj się też.
Wokół siebie zawsze znajdziemy ludzi, którzy robią coś lepiej od nas i takich, którzy robią to gorzej. Dobierając sobie odpowiednio grupę porównawczą możemy albo popadać w błogie zadowolenie albo w niszczącą frustrację.
Od wielu lat pracując z uczniami podkreślam, że ważne w nauce jest to, czy zrobiłeś/zrobiłaś postęp, czy umiesz więcej, rozumiesz lepiej. Jeżeli tak, masz prawo do zadowolenia, jeżeli nie, wyznacz sobie cel i osiągnij go.
Ale wróćmy do sześciolatków i nieszczęsnego sposobu wprowadzenia "reformy".
Przymus najczęściej rodzi sprzeciw. Niemal jednoczesne podwyższenie wieku emerytalnego i obniżenie wieku szkolnego mogło ten sprzeciw jedynie spotęgować.
Tworzenie oddzielnych klas dla sześcio- i siedmiolatków uważam za nieuzasadnione, skoro podstawa programowa jest dla wszystkich dzieci taka sama a sprawdzian trzecioklasisty jednakowy dla obu grup wiekowych.
Nawiasem mówiąc nie mogę się doszukać sensu tego uporczywego egzaminowania coraz młodszych dzieci.
Warunki, którym musiały sprostać szkoły, żeby przyjąć sześciolatków w wielu wypadkach były nie do spełnienia.
Podsumowując TOTALNA PORAŻKA sposobu - nie samej idei.
Zawsze były i będą dzieci sześcioletnie gotowe do podjęcia nauki w szkole. Niemniej decyzję o tym pozostawiłabym rodzicom po konsultacji z fachowcami.
Osiągnięcie tzw. "dojrzałości szkolnej" to sprawa indywidualna i dywan w klasie tego nie zmieni.
22 listopada 2015
Mieszać w jedną stronę (część 1) - gimnazjalna refleksja
Pozwolę sobie dzisiaj, pisząc o zapowiadanych zmianach w oświacie, na kulinarną analogię.
Czy to prawda, że ciasto należy mieszać zawsze w jedną stronę?
PRAWDA
Mieszanie mąki z wodą lub mlekiem powoduje wytworzenie ciasta ... elastycznej masy. Spowodowane jest to wzajemną reakcją dwu białek glutenowych gliadyny i gluteniny, obecnych w mące pszennej. Wymagana jest obecność wody i mieszanie oraz miesienie (wyrabianie). Powstały kompleks białkowy nazywany glutenem ma wspomniane cechy ciasta.
Ruch w jedną stronę sprzyja powstawaniu regularnych, mocnych powiązań obu białek glutenowych. Takie ciasto może utrzymać powietrze a później gąbczastą strukturę po upieczeniu. Równomierny ruch mieszania w jedną stronę sprzyja powstawaniu stabilnych i mocnych wiązań. Zmiana kierunku mieszania może spowodować osłabienie wiązań glutenowych. (źródło)
A cóż widzimy w naszej oświacie?
Kto się dorwie do łyżki, natychmiast zmienia kierunek mieszania. A energii, z jaką miesza pozazdrościć by mogła niejedna elektrownia nie tylko wiatrowa.
I opcja polityczna nie ma tu żadnego znaczenia.
Należąc do pokolenia 50+ mam w pamięci ośmioklasową szkołę podstawową, niewprowadzoną nigdy w życie szkołę dziesięcioletnią (wzór bratniego narodu) - tu trzeba oddać ówczesnym władzom, że potrafiły wycofać się z tej reformy.
W 1999 roku powstały gimnazja i licea profilowane a szkolnictwo zawodowe - uznawane za "gorsze" - z zapałem likwidowano. Komu i po jakich substancjach zmieniających świadomość przyszło do głowy, że społeczeństwo nie będzie potrzebowało porządnych rzemieślników, murarzy, stolarzy itd pozostanie dla mnie tajemnicą.
Szkolnictwo zawodowe na szczęście przeżywa renesans, między innymi dzięki środkom unijnym.
Licea profilowane wymarły, jako kompletnie nieprzystająca do potrzeb rynku pracy gałąź ewolucji oświaty.
Gimnazja, po początkowym chaosie, stały się stabilnym punktem na mapie szkolnictwa a badania PISA wskazują na ich pozytywne efekty.
Może się to zmienić na niekorzyść w wyniku ostatniej zmiany podstawy programowej, gdyż dawny spiralny układ treści nauczania zastąpiono liniowym, przy czym przedmioty matematyczno-przyrodnicze realizowane są przez trzy lata w gimnazjum i TYLKO przez rok w liceum.
A wszak wiadomo "Repetitio est mater studiorum" (powtarzanie jest matką wiedzy).
Czy można liczyć na to, że po wyścigu do "miski z powstającym ciastem" zamiast łapać z obłędem w oczach za łyżkę i kręcić w przeciwną stronę, nowi mocodawcy poświęcą nieco czasu na zastanowienie.
Może dodać jakiś składnik? Może zmodyfikować nieco przepis?
Ale mieszać w jedną stronę!!!
Czy potrzebny nam kolejny ZAKALEC i to na dodatek bardzo kosztowny?
c.d.n.
28 września 2015
Na gorąco po X Kongresie OSKKO
Program X Kongresu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej
Oświaty oferował szerokie spectrum tematów związanych z polską szkołą.
Wykłady, warsztaty, panele dyskusyjne - trzy dni odkrywania nowych
możliwości lub przypominania sobie dawnych sprawdzonych sposobów na
solidną szkołę.
Jedną z gwiazd kongresu był z pewnością charyzmatyczny dr hab. Jacek Pyżalski - autorytet w dziedzinie trudnych zachowań młodzieży i ich profilaktyki. W "tryptyku"(trzykrotnym spotkaniu wymuszonym bardzo dużym zainteresowaniem słuchaczy) przedstawił zjawisko bullyingu (nękania, znęcania się) bardzo powszechne w szkołach. Wiedza akademicka poparta licznymi badaniami i praktyką spowodowały, że uczestnicy dostali kompaktową informację na temat powstawania tego zjawiska i kilka prostych sposobów na działania wychowawcze zapobiegające bullyingowi na etapie powstawania zespołu klasowego .
Spotkanie z dyrektorem szkoły w Radowie Wielkim poświęcone było tworzeniu koncepcji w oparciu o wartości, jak to praktycznie przeprowadzić i jak sprawdzić, czy nasza koncepcja żyje w szkole. Kolejna dawka praktycznych rozwiązań.
Ola i Monika - pasjonatki IT w edukacji wczesnoszkolnej - z zaraźliwym entuzjazmem opowiadały o sposobach wykorzystania tabletu na lekcjach. Jak to zrobić, żeby tablet był jedynie narzędziem do kreatywnej nauki? Przykłady dobrych praktyk można znaleźć na blogach prowadzonych przez nauczycielki www.tableciaki.blogspot.pl.
A jak już złapiemy bakcyla to sami wpadniemy na fajne pomysły, możemy też liczyć na naszych uczniów:)
Kolejne zjawisko o mówiąc ściślej zjawiskowa RYŚLICIELKA ( = trener myślenia wizualnego), dotarła do nas z lekkim opóźnieniem. I raczej biada temu, kto spóźniłby się z wykładem do grupy dyrektorów. Jednak pasja z jaką wystąpiła przed nami Ryślicielka w ciągu kilku minut pozwoliła zapomnieć o niefortunnym początku i wszyscy zagłębiliśmy się w "ryślenie" czyli graficzne przedstawianie wykładu, połączenie mapy myśli z rysowaniem prostych postaci, symboli. Notowaniu w sposób sprawiający frajdę i pozwalający zapamiętać więcej, szybciej, dokładniej.
Na kongresie można było spotkać ludzi reprezentujących bardzo zróżnicowane poglądy na edukację. Od szkół, które preferują nauczanie niekoedukacyjne do szkoły naturalnej, gdzie w zajęciach uczestniczą dziewczynki i chłopcy, dzieci w różnym wieku. Gdzie jest przestrzeń na naukę opartą na naturalnej potrzebie zdobywania wiedzy i kontakcie z przyrodą z dala od zgiełku miasta.
Trzy inspirujące dni w otoczeniu osób, dla których szkoła jest po prostu sposobem na życie. Niezwykle motywujące spotkania w mieście, którego uroku nie sposób kwestionować.
Jedną z gwiazd kongresu był z pewnością charyzmatyczny dr hab. Jacek Pyżalski - autorytet w dziedzinie trudnych zachowań młodzieży i ich profilaktyki. W "tryptyku"(trzykrotnym spotkaniu wymuszonym bardzo dużym zainteresowaniem słuchaczy) przedstawił zjawisko bullyingu (nękania, znęcania się) bardzo powszechne w szkołach. Wiedza akademicka poparta licznymi badaniami i praktyką spowodowały, że uczestnicy dostali kompaktową informację na temat powstawania tego zjawiska i kilka prostych sposobów na działania wychowawcze zapobiegające bullyingowi na etapie powstawania zespołu klasowego .
Spotkanie z dyrektorem szkoły w Radowie Wielkim poświęcone było tworzeniu koncepcji w oparciu o wartości, jak to praktycznie przeprowadzić i jak sprawdzić, czy nasza koncepcja żyje w szkole. Kolejna dawka praktycznych rozwiązań.
Ola i Monika - pasjonatki IT w edukacji wczesnoszkolnej - z zaraźliwym entuzjazmem opowiadały o sposobach wykorzystania tabletu na lekcjach. Jak to zrobić, żeby tablet był jedynie narzędziem do kreatywnej nauki? Przykłady dobrych praktyk można znaleźć na blogach prowadzonych przez nauczycielki www.tableciaki.blogspot.pl.
A jak już złapiemy bakcyla to sami wpadniemy na fajne pomysły, możemy też liczyć na naszych uczniów:)
Kolejne zjawisko o mówiąc ściślej zjawiskowa RYŚLICIELKA ( = trener myślenia wizualnego), dotarła do nas z lekkim opóźnieniem. I raczej biada temu, kto spóźniłby się z wykładem do grupy dyrektorów. Jednak pasja z jaką wystąpiła przed nami Ryślicielka w ciągu kilku minut pozwoliła zapomnieć o niefortunnym początku i wszyscy zagłębiliśmy się w "ryślenie" czyli graficzne przedstawianie wykładu, połączenie mapy myśli z rysowaniem prostych postaci, symboli. Notowaniu w sposób sprawiający frajdę i pozwalający zapamiętać więcej, szybciej, dokładniej.
Na kongresie można było spotkać ludzi reprezentujących bardzo zróżnicowane poglądy na edukację. Od szkół, które preferują nauczanie niekoedukacyjne do szkoły naturalnej, gdzie w zajęciach uczestniczą dziewczynki i chłopcy, dzieci w różnym wieku. Gdzie jest przestrzeń na naukę opartą na naturalnej potrzebie zdobywania wiedzy i kontakcie z przyrodą z dala od zgiełku miasta.
Trzy inspirujące dni w otoczeniu osób, dla których szkoła jest po prostu sposobem na życie. Niezwykle motywujące spotkania w mieście, którego uroku nie sposób kwestionować.
14 sierpnia 2015
rowerowe last minute
Bez względu na pogodę chcę zaprezentować propozycję jednodniowego wypadu, który pozwala połączyć aktywny wypoczynek na bardzo dobrej ścieżce rowerowej z chłodzącą kąpielą w Jeziorze Borek w Kosarzynie.
![]() | |||
| Użytek ekologiczny "Szuwar" |
![]() |
| Przejście graniczne w Żytowaniu |
Zaraz za mostkiem skręcamy w prawo wjeżdżając na Międzynarodowy szlak rowerowy "Odra – Nysa" (Oder – Neisse Radweg) prowadzący aż do wyspy Uznam (oczywiście nie w czasie jednodniowej wyprawy).
![]() |
| Kajuete Ratzdorf |
Na skrzyżowaniu szlaków rowerowych można pojechać dalej prosto i dojechać do Eisenhuettenstadt.
![]() |
| Panorama Eisenhuetenstadt |
lub skręcić w lewo do Neuzelle. Jeżeli wybierzemy drugą opcję warto przejechać przez odrestaurowany ogród przyklasztorny, zwiedzić klasztor i szukając wytchnienia (w 35-stopniowym upale myśl o chwili wytchnienia jest natręctwem pojawiającym się bardzo często) usiąść nad stawem. W miejscowym browarze można zakupić różne gatunki lokalnego piwa.
Klasztor i budynki przyklasztorne zostały odrestaurowane w ramach projektu Polsko - Niemiecki Most Edukacyjny Zielona Góra - Neuzelle. W przyklasztornych budynkach ma siedzibę szkoła Gymnasium und Oberschule im Stift Neuzelle, której szkołą partnerską jest Europejskie Gimnazjum i Liceum Dr Rahn w Zielonej Górze. Obie szkoły mają międzynarodowy charakter i ściśle ze sobą współpracują.
![]() | Ścieżka rowerowa prowadzi przez bardzo malowniczy region, gdzie można podziwiać rosochate wierzby, rozległe pola i łąki obfitujące w różne gatunki roślin, m.in. kocankę piaskową. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Kocanka piaskowa |
![]() |
| Nadodrzańska wierzba |
![]() |
| Gorąco polecam:) więcej o moich wypadach na blogu:50pluswdrodze |
18 maja 2015
Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.
Ten jasny przekaz profesora Władysława Bartoszewskiego chciałabym dzisiaj zadedykować Centralnej Komisji Egzaminacyjnej w kontekście ustnej matury z języka polskiego.
Od wielu lat, odkąd "przeciekły" tematy egzaminów zewnętrznych, nie pomnę czy gimnazjalnych czy maturalnych, dyrektorzy szkół w całej Polsce wstają skoro świt i od piątej rano w dniach egzaminów czekają na kurierów rozwożących testy. Żeby było uczciwie, żeby mieć pewność, że nic nie przedostanie się przed czasem do uczniów.
Więc wstaję dzielnie i w obecności innego nauczyciela odbieram przesyłkę, przeliczam, zamykam w sejfie - jak procedury i sumienie mi nakazują.
Nowa formuła ustnego egzaminu maturalnego odesłała do lamusa prezentacje maturalne - kupowane w internecie lub pisane na zlecenie. I to jest bardzo dobrze.
Cóż jednak daje w zamian. Ustny egzamin na jeden z 18 przygotowanych tematów. Na każdy dzień inne tematy, żeby były RÓWNE SZANSE!!!!!!
Hasła do odkodowania zadań udostępniane są tylko dyrektorom szkół.
Hasła na poniedziałek udostępnione zostały w piątek, żeby był czas spokojnie wydrukować tematy. Komisja ma prawo przyjść 1,5 godziny przed egzaminem zapoznać się z zestawami na dany dzień.
Wydrukowane osobiście zestawy zabezpieczam w sejfie, dla pewności drukuję je sama, dla pewności nie czytam, rzuca mi się w oczy pierwsza ilustracja: dwa lustra, dwie postaci, dwa odbicia. Temat dotyczy relacji ojca i syna.
Przychodzę dzisiaj wcześniej do szkoły, komisja w osobnym pokoju zapoznaje się z zestawami a ja idę porozmawiać z młodzieżą.
Jest po ósmej, u nas egzamin zaczyna się o 9.00. Na Facebook'u są już tematy z dzisiejszego dnia. Myślałam, że tylko te już przez kogoś wylosowane. Ale NIE!!!! Są wszystkie. Czujnie słucham, bo może to tylko blef. Ale NIE!!! Słyszę coś o ojcu i synu. Czyli w necie są PRAWDZIWE tematy. Kto zdaje popołudniu, spokojnie zdąży się przygotować.
A we mnie kolejny raz wzmaga się gniew. Przecież mogłam udostępnić tematy już w piątek, pozwolić, żeby moi uczniowie się przygotowali i lepiej zdali. W rankingu na jednej liście będą i Ci którzy znali zagadnienia wcześniej i ci, dla których były one czymś nowym.
Kolejny raz Centralna Komisja Egzaminacyjna nie przewidziała skutków swoich nowatorskich rozwiązań. Po raz kolejny ktoś był nieuczciwy udostępniając przed czasem zestawy.
Czy po raz kolejny będę musiała wstawać o 4.00 rano, żeby uniemożliwić maturalne chachmęctwo.
Czy przestaniemy eksperymentować na młodzieży?
Może warto przygotować na dany rok 100 tematów i podać do wiadomości po zakończeniu roku szkolnego maturzystów. Każdy będzie miał równe szanse, kto zechce popracuje, kto nie zechce - będzie liczył na łut szczęścia.
A dyrektorzy i nauczyciele będą mieli pewność, że nie zostali przez procedury i krętaczy wystrychnięci na dudka.
A jednak "Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca."
Ten jasny przekaz profesora Władysława Bartoszewskiego chciałabym dzisiaj zadedykować Centralnej Komisji Egzaminacyjnej w kontekście ustnej matury z języka polskiego.
Od wielu lat, odkąd "przeciekły" tematy egzaminów zewnętrznych, nie pomnę czy gimnazjalnych czy maturalnych, dyrektorzy szkół w całej Polsce wstają skoro świt i od piątej rano w dniach egzaminów czekają na kurierów rozwożących testy. Żeby było uczciwie, żeby mieć pewność, że nic nie przedostanie się przed czasem do uczniów.
Więc wstaję dzielnie i w obecności innego nauczyciela odbieram przesyłkę, przeliczam, zamykam w sejfie - jak procedury i sumienie mi nakazują.
Nowa formuła ustnego egzaminu maturalnego odesłała do lamusa prezentacje maturalne - kupowane w internecie lub pisane na zlecenie. I to jest bardzo dobrze.
Cóż jednak daje w zamian. Ustny egzamin na jeden z 18 przygotowanych tematów. Na każdy dzień inne tematy, żeby były RÓWNE SZANSE!!!!!!
Hasła do odkodowania zadań udostępniane są tylko dyrektorom szkół.
Hasła na poniedziałek udostępnione zostały w piątek, żeby był czas spokojnie wydrukować tematy. Komisja ma prawo przyjść 1,5 godziny przed egzaminem zapoznać się z zestawami na dany dzień.
Wydrukowane osobiście zestawy zabezpieczam w sejfie, dla pewności drukuję je sama, dla pewności nie czytam, rzuca mi się w oczy pierwsza ilustracja: dwa lustra, dwie postaci, dwa odbicia. Temat dotyczy relacji ojca i syna.
Przychodzę dzisiaj wcześniej do szkoły, komisja w osobnym pokoju zapoznaje się z zestawami a ja idę porozmawiać z młodzieżą.
Jest po ósmej, u nas egzamin zaczyna się o 9.00. Na Facebook'u są już tematy z dzisiejszego dnia. Myślałam, że tylko te już przez kogoś wylosowane. Ale NIE!!!! Są wszystkie. Czujnie słucham, bo może to tylko blef. Ale NIE!!! Słyszę coś o ojcu i synu. Czyli w necie są PRAWDZIWE tematy. Kto zdaje popołudniu, spokojnie zdąży się przygotować.
A we mnie kolejny raz wzmaga się gniew. Przecież mogłam udostępnić tematy już w piątek, pozwolić, żeby moi uczniowie się przygotowali i lepiej zdali. W rankingu na jednej liście będą i Ci którzy znali zagadnienia wcześniej i ci, dla których były one czymś nowym.
Kolejny raz Centralna Komisja Egzaminacyjna nie przewidziała skutków swoich nowatorskich rozwiązań. Po raz kolejny ktoś był nieuczciwy udostępniając przed czasem zestawy.
Czy po raz kolejny będę musiała wstawać o 4.00 rano, żeby uniemożliwić maturalne chachmęctwo.
Czy przestaniemy eksperymentować na młodzieży?
Może warto przygotować na dany rok 100 tematów i podać do wiadomości po zakończeniu roku szkolnego maturzystów. Każdy będzie miał równe szanse, kto zechce popracuje, kto nie zechce - będzie liczył na łut szczęścia.
A dyrektorzy i nauczyciele będą mieli pewność, że nie zostali przez procedury i krętaczy wystrychnięci na dudka.
A jednak "Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca."
27 lutego 2015
Jak to jest z zadaniami domowymi?
Zadania domowe są bardzo częstym tematem rozmów związanych ze szkołą zarówno w kręgach rodziców jak i nauczycieli, nie mówiąc o uczniach.
Ostatnio śledziłam dyskusję, która odbywała się w internecie.
Na blogu http://www.nishka.pl/nie-odrabiam-z-dzieckiem-lekcji/ autorka przekonuje, że odrabianie lekcji z dziećmi przyczynia się do wyrabiania w nich samodzielności i odpowiedzialności. I ja się z nią zgadzam.
Diametralnie odmienne zdanie prezentuje Ela Manthey w tekście:
"To co robisz jest dla mnie ważne – dlaczego odrabiam lekcje z dziećmi" (www.juniorowo.pl)
Autorka podaje rzeczowe argumenty na poparcie swojego stanowiska i nie sposób ich nie przyjąć i ja się z nimi zgadzam.Dwa skrajne stanowiska na skali, na której można przesuwać suwak w prawo i w lewo kierując się własnymi doświadczeniami, poszukując "złotego środka".
Europejska Szkoła Podstawowa Dr Rahn w Zielonej Górze proponuje jeszcze inne rozwiązanie. Koncepcja szkoły opracowana na bazie doświadczeń europejskich szkół całodziennych zakłada wdrażanie uczniów do samodzielnego odrabiania lekcji w czasie popołudniowego pobytu w szkole.
Obserwuję rozwój tej umiejętności u naszych dzieci drugi rok.
- Czy to działa?
- W większości tak.
- Kiedy nie działa?
- Gdy rodzice decydują się odbierać dziecko wcześniej lub współczując sześciolatkowi (bo to przecież jeszcze maluszek) pozwalają dość często pozostać w domu.
W klasie pierwszej samo pojęcie "odrabiania zadań domowych" jest pojęciem abstrakcyjnym i jako takie wymaga cierpliwości, konsekwencji i czasu, żeby można było się z nim zaprzyjaźnić, oswoić, modyfikować i dostosować do indywidualnych predyspozycji. Wsparcie dają koledzy i kompetentny nauczyciel.
Drobnymi kroczkami, pokonując różne problemy, chwile słabości a czasami zniechęcenie, wyrabiamy nawyk samodzielnej pracy bez poczucia osamotnienia.
Chcemy, aby nasi uczniowie opuszczali szkołę "gotowi do życia rodzinnego".
Liczymy tu na kreatywne podejście rodziców do tematu. Z informacji, które do mnie docierają, wiem, że tak jest.
Refleksji, całkiem osobista.
Przed laty brałam udział w wyjeździe polskich nauczycieli do Bawarii. Poznawaliśmy system kształcenia, organizację szkolnictwa. Zachwycaliśmy się wyposażeniem tamtejszych szkół, hospitowaliśmy zajęcia w różnych typach szkół. Od szkół podstawowych, przez gimnazja do szkół specjalnych.
W pamięci pozostała mi do dziś lekcja matematyki. Temat: wyrażanie wielkich liczb za pomocą potęg liczby 10. Lekcja rozpoczęła się od sprawdzenia pracy domowej. Nauczyciel zapytał, kto chce zaprezentować swoje rozwiązanie. W mgnieniu oka pojawił się las rąk. Prawie wszyscy uczniowie chcieli pójść do tablicy. Nauczyciel kolejno prosił uczniów, którzy przedstawiali swój tok myślenia. W którymś momencie pojawiło się dobre rozwiązanie, ale omawianie pracy domowej się na tym nie skończyło. Wszystkie zaproponowane przez uczniów sposoby zostały zaprezentowane i omówione. Nauczyciel umiejętnie wskazywał na błąd popełniony w rozumowaniu. Każde z rozwiązań zostało docenione.
Wszystko odbyło się w przyjaznej, pogodnej atmosferze.
I podkreślam, to nie był sen!!!
Myślę, że Ci uczniowie odrabiali lekcje samodzielnie. I że sprawiło im to radość. Byli do tego wdrożeni i wiedzieli, że błąd jest jednym ze sposobów dochodzenia do wiedzy.
Mam nadzieję, że realizując koncepcję naszej szkoły osiągniemy podobne rezultaty.
Czego uczniom, rodzicom, nauczycielom i - nie bezinteresownie - sobie w przeddzień kolejnych dni zmagań szkolnych życzę.
11 stycznia 2015
W Nowy Rok spacerkiem bez postanowień (część druga)
Zimna Woda
Jest kilka powodów, dla których rezerwat "Zimna Woda" jest mi bliski. Po pierwsze należymy oboje do grupy "50+". Po drugie niezaprzeczalny urok tego miejsca zachwyca. No i stanowi niezły tor przeszkód.
Położony niespełna 2 km od Zatonia kompleks leśny był objęty ochroną już przed II wojną światową. Według mapy przez rezerwat prowadzi leśna ścieżka i tak w rzeczywistości jest przez kilkadziesiąt pierwszych metrów, potem czeka nas dość brutalne odarcie ze złudzeń, że wybraliśmy się na niedzielny spacer.
Nie sposób jednak zboczyć z trasy, ograniczeniem są mokradła po obu stronach "ścieżki". Trud pokonywania tej kilometrowej trasy nagradza bogata flora, ponad 50 gatunków roślin w różnych fazach rozwoju tworzących malownicze obrazy. Pomimo zimy króluje tutaj wiele odcieni zieleni.
Rezerwat daje możliwość obserwacji powolnego odchodzenie drzew. Stare pnie stanowią atrakcyjne miejsca do budowy kryjówek.
W kilku miejscach można było dostrzec artystyczne zapędy zimy.
Zachęcam do odwiedzenia tego miejsca. Ja z pewnością wrócę tutaj wiosną.
Zimna Woda
Jest kilka powodów, dla których rezerwat "Zimna Woda" jest mi bliski. Po pierwsze należymy oboje do grupy "50+". Po drugie niezaprzeczalny urok tego miejsca zachwyca. No i stanowi niezły tor przeszkód.
Położony niespełna 2 km od Zatonia kompleks leśny był objęty ochroną już przed II wojną światową. Według mapy przez rezerwat prowadzi leśna ścieżka i tak w rzeczywistości jest przez kilkadziesiąt pierwszych metrów, potem czeka nas dość brutalne odarcie ze złudzeń, że wybraliśmy się na niedzielny spacer.
Nie sposób jednak zboczyć z trasy, ograniczeniem są mokradła po obu stronach "ścieżki". Trud pokonywania tej kilometrowej trasy nagradza bogata flora, ponad 50 gatunków roślin w różnych fazach rozwoju tworzących malownicze obrazy. Pomimo zimy króluje tutaj wiele odcieni zieleni.
Rezerwat daje możliwość obserwacji powolnego odchodzenie drzew. Stare pnie stanowią atrakcyjne miejsca do budowy kryjówek.
| "Wejście i wyjście", czy może "bliźniak". |
Zachęcam do odwiedzenia tego miejsca. Ja z pewnością wrócę tutaj wiosną.
W Nowy Rok spacerkiem bez postanowień (część pierwsza)
Zatonie
Kolejny Nowy Rok za nami.
Wokół tytuły nawiązujące do postanowień noworocznych, rady jak ich dotrzymać, żarty jak je modyfikować.
Już wiadomo, który dzień jest kluczowy i wbija nas w poczucie winy, że znowu nic z idealnego życia. Nasze postanowienia spokojnie czekają do końca grudnia, zasypywane piaskiem spraw codziennych jak ślady karawany na pustyni, by pod koniec roku pojawić się z nową nadzieją, czy też złudzeniem.
Od kilku lat unikam postanowień noworocznych. Robię krótkie podsumowanie mijającego roku, zapisuję w kajecie kilka sukcesów (nie mniej niż 3), kilka porażek. Rozmiar jednych i drugich nie ma znaczenia, ważne jest, że się przydarzyły.
Potem kilka ciepłych myśli o nadchodzącym roku i zimowy spacer na dobry początek.
W tym roku padło na Zatonie.
Miejscowość znałam ze słyszenia i zdjęć, pozostało jedynie doświadczyć.
Zielona Góra przygotowywała się do orszaku Trzech Króli a ja postanowiłam sprawdzić, co takiego niezwykłego jest w Zatoniu i pobliskim rezerwacie "Zimna Woda".
Dzień nie zachęcał do wypraw, chłodno, wilgotno. Słońce świeciło tego dnia gdzie idziej. Ale umowa to umowa.
Historię ruin zatońskiego pałacu i kościoła można znaleźć w wielu miejscach, nie będę jej więc przytaczać. Właściciele majątku zmieniali się wielokrotnie, miejsce było odwiedzane przez znamienitych gości, sławy dawnej polityki, muzyki...
A teraz? Szkielet, który pomimo upływu czasu trzyma się dzielenie. Gdzieniegdzie na starych murach zachowały się urzekające ornamenty.
W takich miejscach powraca do mnie pytanie: kto i dlaczego zaniechał odbudowy i rekonstrukcji tej budowli? Jak to jest, że niektóre zabytki architektury mają więcej szczęścia? Upadek jednego jest szansą dla czegoś innego.
W przypałacowym parku żyją jeszcze drzewa z dawnych lat, oplecione wszędobylskim bluszczem, rośliną długowieczną (żyjącą do 700 - 1000 lat). Bluszcz należy do roślin inwazyjnych, ale biorąc pod uwagę przyrost około 1 m na rok na efekty inwazji trzeba bardzo cierpliwie czekać. W Zatoniu jest już widoczna. Hedera płoży się po ziemi i wspina po pniach drzew, dodając uroku zarówno im jak i ruinom pałacu.
Podsumowując: trzy razy "Z", Zatonie, zachwyt, zaduma.
Zatonie
Kolejny Nowy Rok za nami.
Wokół tytuły nawiązujące do postanowień noworocznych, rady jak ich dotrzymać, żarty jak je modyfikować.
Już wiadomo, który dzień jest kluczowy i wbija nas w poczucie winy, że znowu nic z idealnego życia. Nasze postanowienia spokojnie czekają do końca grudnia, zasypywane piaskiem spraw codziennych jak ślady karawany na pustyni, by pod koniec roku pojawić się z nową nadzieją, czy też złudzeniem.
Od kilku lat unikam postanowień noworocznych. Robię krótkie podsumowanie mijającego roku, zapisuję w kajecie kilka sukcesów (nie mniej niż 3), kilka porażek. Rozmiar jednych i drugich nie ma znaczenia, ważne jest, że się przydarzyły.
Potem kilka ciepłych myśli o nadchodzącym roku i zimowy spacer na dobry początek.
W tym roku padło na Zatonie.
Miejscowość znałam ze słyszenia i zdjęć, pozostało jedynie doświadczyć.
Zielona Góra przygotowywała się do orszaku Trzech Króli a ja postanowiłam sprawdzić, co takiego niezwykłego jest w Zatoniu i pobliskim rezerwacie "Zimna Woda".
Dzień nie zachęcał do wypraw, chłodno, wilgotno. Słońce świeciło tego dnia gdzie idziej. Ale umowa to umowa.
Historię ruin zatońskiego pałacu i kościoła można znaleźć w wielu miejscach, nie będę jej więc przytaczać. Właściciele majątku zmieniali się wielokrotnie, miejsce było odwiedzane przez znamienitych gości, sławy dawnej polityki, muzyki...
A teraz? Szkielet, który pomimo upływu czasu trzyma się dzielenie. Gdzieniegdzie na starych murach zachowały się urzekające ornamenty.
W takich miejscach powraca do mnie pytanie: kto i dlaczego zaniechał odbudowy i rekonstrukcji tej budowli? Jak to jest, że niektóre zabytki architektury mają więcej szczęścia? Upadek jednego jest szansą dla czegoś innego.
W przypałacowym parku żyją jeszcze drzewa z dawnych lat, oplecione wszędobylskim bluszczem, rośliną długowieczną (żyjącą do 700 - 1000 lat). Bluszcz należy do roślin inwazyjnych, ale biorąc pod uwagę przyrost około 1 m na rok na efekty inwazji trzeba bardzo cierpliwie czekać. W Zatoniu jest już widoczna. Hedera płoży się po ziemi i wspina po pniach drzew, dodając uroku zarówno im jak i ruinom pałacu.
Podsumowując: trzy razy "Z", Zatonie, zachwyt, zaduma.
| Dojrzewające pestkowce bluszczu w towarzystwie okazałej huby |
Subskrybuj:
Posty (Atom)









