Z niepokojem przeczytałam o zmianach w finansowaniu nauczania domowego. Zmniejszenie dotacji na tę formę nauczania to kolejna szybka i chyba niezbyt dokładnie przemyślana decyzja.
Ponad 33 lata spędziłam w systemie oświaty. Miałam okazję poznać pracę w szkołach publicznych, niepublicznych: prywatnych i społecznych, prowadziłam nauczanie indywidualne, uczyłam w klasach integracyjnych.
W mojej ostatniej placówce wspierałam nauczanie domowe dzieci polskich, które na stałe lub czasowo przebywają za granicami kraju. Ich rodzice dbając o edukację swoich dzieci, chcąc zapewnić im kontakt z językiem polskim i ułatwić ewentualny powrót do polskiego systemu oświaty organizują dla nich nauczanie domowe. Jest ono wspierane przez specjalne programy, dzięki którym uczniowie mogą uczyć się przez internet. Biorą udział w webinariach, otrzymują podręczniki na zasadach przewidzianych dla uczniów polskich. Raz w roku stawiają się na egzaminy klasyfikacyjne w szkole macierzystej i po uzyskaniu pozytywnych wyników otrzymują świadectwo polskiej szkoły. Placówka taka ma także obowiązek zorganizowania egzaminów zewnętrznych dla tych uczniów.
Mogę sobie wyobrazić, jakiego zaangażowania i ilu wyrzeczeń wymaga zarówno od uczniów jak i ich rodziców równoległe realizowanie programów nauczania dwóch szkół: zagranicznej i polskiej.
Ile czasu trzeba poświęcić, żeby być na bieżąco i stanąć do egzaminów zewnętrznych. Różnice programowe, problemy językowe to wyzwania, którym trzeba stawić czoła. Mogę sobie wyobrazić jak trudno maluchom uczyć się pisać i czytać w dwóch językach jednocześnie. Ile godzin zabawy przeznaczonych jest na "zabawę w szkołę".
Czy nasze państwo musi oszczędzać akurat w takich obszarach? Moim zdaniem NIE!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz