O mnie

Moje zdjęcie
Zielona Góra, lubuskie, Poland
nauczyciel, trener

21 listopada 2014

Kruche ciasteczka







. . .  być może grudzień 1965 rok
Dokładna data nie ma tu znaczenia.
Prowincjonalne miasteczko, małe mieszkanko na parterze jednego z „nowych bloków”.
Zbliża się Boże Narodzenie. Parkiet już wywiórkowany, pachnie pastą do podłogi.
W kuchni zapalone światło, zasłony szczelnie zasłonięte. Pogoda nie odgrywa w tym dniu żadnej roli.
Kobieta po czterdziestce przesiewa mąkę do emaliowanej miski, dodaje cukier, jajka, tłuszcz i chyba łyżkę śmietany.
Nożem z drewnianą rączką, którego ostrze wskazuje na wielokrotne ostrzenie domowym sposobem, sieka tłuszcz, którego każda nowo powstająca grudka oblepia się natychmiast mąką i cukrem.
O! Pękło żółtko i całkowicie zmienia krajobraz w misce.
Temu cudowi przygląda się z zachwytem mała dziewczynka, zaglądająca do miski wspinając się na palce przy kuchennym stole.
Kobieta pospiesznie zagniata ciasto. Jeszcze tyle pracy, a święta tuż tuż.
Dzisiaj ciasteczka. Comber z zająca moczy się w zalewie na parapecie. Potem barszcz, uszka, kapusta z grzybami. W wannie pływa karp.
Dziewczynka niecierpliwie zagląda do miski. Wkrótce oblepione kostki tłuszczu zamieniają się w wielką, pachnącą, żółtą kulę.
Dziewczynka wybiega na chwilę do dużego pokoju.
Czy był już wtedy telewizor? Czy pan domu oglądał dziennik telewizyjny, czy może czytał Kurier Ilustrowany lub Łowiec Polski?
Dzisiaj to kuchnia jest miejscem najważniejszych wydarzeń. Dzisiaj w kuchni jest ciepło. Między fajerkami widać niespokojne płomienie.
Na co dzień zimą mróz maluje na szybach swoje kwiaty, liche pocieszenie, gdy trzeba ugotować obiad w temperaturze bliskiej 0.
Mała dziewczynka kręci się, zagląda to tu to tam, wyraźnie podekscytowana na coś czeka...
Kobieta przykręca do blatu maszynkę. Pod śruby podkłada tekturki, żeby nie zniszczyć stołu.
Po wszystkim trafią one do szuflady pod wkładkę do sztućców, a może do tej obok z nożami i tłuczkiem.
Jeszcze chwila i dokona się  kolejny cud.
Zamiast nożyków pojawia się blaszka z wyciętymi otworkami: dwa brzuszki, pół gwiazdki, korona z trzema zębami.
Dziewczynka podchodzi raz z prawej, raz z lewej strony. Druga nieco większa siedzi spokojnie przy stole. Przecież jest starsza, rozumie, że trzeba poczekać.
„Mamusiu, zróbmy te gwiazdki.”
„Mamusiu mogę pokręcić.”
„Mamusiu, mogę popchnąć ciasto?”
„Mamusiu mogę odciąć ciasteczko?”
Kobieta prawą ręką kręci korbką. Z wnętrza maszynki przez blaszkę z pół-gwiazdką wysuwa się pierwsze ciasteczko. Palce lewej ręki delikatnie podtrzymują miękkie ciasto. Ciach nożem i na wysmarowanej tłuszczem blaszce ląduje pierwsze -  ciach - drugie, ciach, ciach - pierwszy rząd równiutkich ciasteczek, pierwsza blacha, druga, trzecia...
Kula ciasta maleje, zmęczenie kobiety rośnie.
Tylko mała wiercipięta ciągle czeka na punkt kulminacyjny.
Kiedy kulka ciasta jest niewiele większa od pączka do kuchni wkracza pan domu. Wpadał już kilka razy wcześniej, by skubnąć ciepłe ciasteczko.
Teraz przystępuje do dzieła. Z końcówki ciasta robi wałeczek, skręca go i w jakiś cudowny sposób powstaje kaczuszka.
„Tatusiu, tatusiu, ja też. Jak to się robi?”
Żółte kaczuszki trafiają do piekarnika.
I tu rozczarowanie.
Kaczuszkom najpierw opadają dziobki, potem główki, szyjki.
I w końcu na blasze wyjeżdża upieczona bezkształtna masa.
Kuchnia pustoszeje. Znika pan domu, znikają dziewczynki. Tylko brudne naczynia i rozdeptane na podłodze kawałki ciasta nie chcą same zniknąć.

Rok 1970, grudzień.
Cukier podrożał. Będzie kosztował 12 złoty za kg. Ale nie ma to wpływu na kruche ciasteczka.
W mieszkaniu na parterze nie ma śladu po kuchence węglowej. Jej miejsce zajmuje czteropalnikowa kuchenka gazowa z piekarnikiem.
Drzwiczki piekarnika nie domykają się, ale umiejętnie przyciśnięte trzonkiem miotły zapartej o lodówkę pozwalają coś upiec.  Dziewczynka jest już nieco większa. Zagląda do kuchni.
"Mamo zawołaj mnie jak zrobisz ciasto, pomogę ci”. Powstawanie ciasta nie jest już tak interesujące  a kuchenka gazowa nie daje tyle ciepła co węglowa. Obie dziewczynki pomagają, kręcą na zmianę korbką. Powstają kolejne rzędy równiutkich ciasteczek znikają w piekarniku, żeby po kilku minutach wyzłocić się i trafić do miski z innymi. Co rusz to któreś tajemniczo znika.
"Córeczko uważaj na miotłę"
"Dobrze mamusiu" obiecuje wiercipięta.
Hop, hop i miotła odskakuje, piekarnik się uchyla.
"A prosiłam" mówi kobieta i kolejny raz odtwarza misterną konstrukcję podpórkę  z miotły i lodówki.
Kadr, jakby z poprzedniego grudnia.
Mężczyzna wchodzi do kuchni w momencie, gdy kula ciasta się kończy.
Kolejny utoczony wałeczek. Kolejne kaczuszki trafiają do piekarnika, tym razem główki wsparte zapałkami.
Powtarzalność czynności, powtarzalność nadziei, powtarzalność rozczarowania. Kaczuszki tracą swoją "kaczuszkowatość" w czasie pieczenia.

Grudzień 1975
Nastolatki siedzą nad książkami, a może z panem domu przed telewizorem.
Wieczorem kobieta kolejny raz zabiera się do pieczenia ciasteczek.
Domownicy bez słowa wpadają pojedynczo do kuchni, bez słowa podkradają  jeszcze ciepłe ciasteczka i znikają. Nikt nie przeszkadza, nikt nie pomaga. Odrabianie lekcji to perfekcyjna wymówka.
Nawet kaczuszek już nikt nie lepi.

Grudzień 1979
Studentka wpada na Święta do domu na krótko. Wpada bo tak wypada. Poza tym wszyscy rozjechali się do domów.
Życie we Wrocławiu jest takie ekscytujące. Zaraz po świętach szybkie pakowanie torby.
Na Sylwestra trzeba być we Wrocławiu.
Przed wyjazdem studentki kobieta ostrożnie układa ciasteczka w kartoniku.
"Masz córeczko, tylko uważaj, nie przyciśnij, bo są kruche.

Grudzień 1986 (chyba).

Wieś nad Wartą. Listonosz przynosi paczkę. W środku, list, opłatek, życzenia, słodycze i kruche ciasteczka.
Po raz pierwszy dawna wiercipięta, teraz młoda  matka, nie pojedzie na Święta do rodzinnego domu. Mąż ma dyżur. Pierwsza samodzielnie przygotowana Wigilia, niby te same potrawy, ale smak jakby inny.
Nie można czekać na pierwszą gwiazdkę, dyżur jest w miejscowości obok.
Mąż wyjeżdża, dzieci idą spać. Zostają tylko kruche ciasteczka...
Grudzień, lata dziewięćdziesiąte
Na przemian albo ciasteczka przyjeżdżają nad Wartę, albo młoda rodzinka jedzie nad Noteć.
Na ciasteczkach pojawia się czekoladowa polewa i to jedyna zmiana jakiej się poddały.
Kwiecień 2014
Ponad 90-letnia kobieta z trudem wyrabia  ciasto, raczej wyczuwając niż widząc. Mięśnie powtarzają każdy ruch z pamięci.
Ta sama maszynka, ta sama blaszka z kształtem ciasteczek czekają  cierpliwie w tym samym miejscu.
W kuchni  kolejny piekarnik, pod oknem kaloryfer.
Wielkanoc u starszej córki. Od wielu lat to jej przypadło organizowanie rodzinnych świąt.
Młodsza wpada na jeden dzień. Teraz musi dzielić czas  między mamę, siostrę i córki. Wkrótce zostanie babcią.
Tuż przed powrotem do domu dostaje pudełeczko ciasteczek.
"Córeczko, weź  ciasteczka, chociaż wy ich pewnie nie lubicie."
Mamo, my kochamy te ciasteczka!!!





Wiercipięta, maj 2014

14 września 2014

2 lata po zmianach

Brak aktywności przez dwa lata nie oznacza grzechu zaniechania.
Wręcz przeciwnie. Zakres zmian, na jakie pozwoliłam sobie w życiu 50+ był tak ogromny, że nie starczyło mi czasu na ich opisywanie.
Dość nieoczekiwanie - tu ukłon w stronę organu prowadzącego z Wielunia, jako" bodźca wyzwalającego gotowość i determinację" - zmieniłam miejsce pracy.
1.09.2012 roku otwierałam rok szkolny w Europejskim Gimnazjum Społecznym i Europejskim Liceum Ogólnokształcącym w Zielonej Górze.
Po dwóch latach trudno wiernie opisać uczucia, jakie tym zmianom towarzyszyły. Kto nie przeżył - nie zrozumie, kto przeżył wie o czym mowa.
Wyznaczanie kierunków rozwoju dla dwóch istniejących szkół, tworzenie od podstaw szkoły podstawowej jest pasjonującym wyzwaniem.
Zdobywanie sprzymierzeńców, "pacyfikacja" przeciwników, wdrażanie wcześniej sprawdzonych rozwiązań i poszukiwanie nowych  dają satysfakcję i czynią pracę zawodową życiową pasją. Znalazłam to wszystko w Zielonej Górze.
Europejska Fundacja Oświaty i Kultury stwarza możliwość organizowania  kształcenia w sposób, który jest bardziej przyjazny dla ucznia a jednocześnie realizuje podstawowy cel współczesnej szkoły: kształcenie człowieka "zaradnego edukacyjnie na całe życie".
Cieszę się, że mogę uczestniczyć w tym procesie.