. . . być może grudzień 1965 rok
Dokładna
data nie ma tu znaczenia.
Zbliża
się Boże Narodzenie. Parkiet już wywiórkowany, pachnie pastą do podłogi.
W
kuchni zapalone światło, zasłony szczelnie zasłonięte. Pogoda nie odgrywa w tym
dniu żadnej roli.
Kobieta
po czterdziestce przesiewa mąkę do emaliowanej miski, dodaje cukier, jajka,
tłuszcz i chyba łyżkę śmietany.
Nożem
z drewnianą rączką, którego ostrze wskazuje na wielokrotne ostrzenie domowym
sposobem, sieka tłuszcz, którego każda nowo powstająca grudka oblepia się
natychmiast mąką i cukrem.
O!
Pękło żółtko i całkowicie zmienia krajobraz w misce.
Temu
cudowi przygląda się z zachwytem mała dziewczynka, zaglądająca do miski
wspinając się na palce przy kuchennym stole.
Kobieta
pospiesznie zagniata ciasto. Jeszcze tyle pracy, a święta tuż tuż.
Dzisiaj
ciasteczka. Comber z zająca moczy się w zalewie na parapecie. Potem barszcz, uszka,
kapusta z grzybami. W wannie pływa karp.
Dziewczynka
niecierpliwie zagląda do miski. Wkrótce oblepione kostki tłuszczu zamieniają
się w wielką, pachnącą, żółtą kulę.
Dziewczynka
wybiega na chwilę do dużego pokoju.
Czy
był już wtedy telewizor? Czy pan domu oglądał dziennik telewizyjny, czy może
czytał Kurier Ilustrowany lub Łowiec Polski?
Dzisiaj
to kuchnia jest miejscem najważniejszych wydarzeń. Dzisiaj w kuchni jest
ciepło. Między fajerkami widać niespokojne płomienie.
Na
co dzień zimą mróz maluje na szybach swoje kwiaty, liche pocieszenie, gdy
trzeba ugotować obiad w temperaturze bliskiej 0℃.
Mała
dziewczynka kręci się, zagląda to tu to tam, wyraźnie podekscytowana na
coś czeka...
Kobieta
przykręca do blatu maszynkę. Pod śruby podkłada tekturki, żeby nie zniszczyć
stołu.
Po
wszystkim trafią one do szuflady pod wkładkę do sztućców, a może do tej
obok z nożami i tłuczkiem.
Jeszcze
chwila i dokona się kolejny cud.
Zamiast
nożyków pojawia się blaszka z wyciętymi otworkami: dwa brzuszki, pół gwiazdki,
korona z trzema zębami.
Dziewczynka
podchodzi raz z prawej, raz z lewej strony. Druga nieco większa siedzi
spokojnie przy stole. Przecież jest starsza, rozumie, że trzeba poczekać.
„Mamusiu,
zróbmy te gwiazdki.”
„Mamusiu
mogę pokręcić.”
„Mamusiu,
mogę popchnąć ciasto?”
„Mamusiu
mogę odciąć ciasteczko?”
Kobieta
prawą ręką kręci korbką. Z wnętrza maszynki przez blaszkę z pół-gwiazdką wysuwa
się pierwsze ciasteczko. Palce lewej ręki delikatnie podtrzymują miękkie
ciasto. Ciach nożem i na wysmarowanej tłuszczem blaszce ląduje pierwsze - ciach - drugie, ciach, ciach - pierwszy rząd
równiutkich ciasteczek, pierwsza blacha, druga, trzecia...
Kula
ciasta maleje, zmęczenie kobiety rośnie.
Tylko
mała wiercipięta ciągle czeka na punkt kulminacyjny.
Kiedy
kulka ciasta jest niewiele większa od pączka do kuchni wkracza pan domu. Wpadał
już kilka razy wcześniej, by skubnąć ciepłe ciasteczko.
Teraz
przystępuje do dzieła. Z końcówki ciasta robi wałeczek, skręca go i w jakiś
cudowny sposób powstaje kaczuszka.
„Tatusiu,
tatusiu, ja też. Jak to się robi?”
Żółte
kaczuszki trafiają do piekarnika.
I
tu rozczarowanie.
Kaczuszkom
najpierw opadają dziobki, potem główki, szyjki.
I
w końcu na blasze wyjeżdża upieczona bezkształtna masa.
Kuchnia
pustoszeje. Znika pan domu, znikają dziewczynki. Tylko brudne naczynia i
rozdeptane na podłodze kawałki ciasta nie chcą same zniknąć.
Rok 1970, grudzień.
Cukier podrożał. Będzie kosztował 12 złoty za kg. Ale
nie ma to wpływu na kruche ciasteczka.
W mieszkaniu na parterze nie ma śladu po kuchence
węglowej. Jej miejsce zajmuje czteropalnikowa kuchenka gazowa z piekarnikiem.
Drzwiczki piekarnika nie domykają się, ale umiejętnie przyciśnięte trzonkiem miotły zapartej o lodówkę pozwalają coś upiec. Dziewczynka jest już nieco większa. Zagląda do kuchni.
Drzwiczki piekarnika nie domykają się, ale umiejętnie przyciśnięte trzonkiem miotły zapartej o lodówkę pozwalają coś upiec. Dziewczynka jest już nieco większa. Zagląda do kuchni.
"Mamo zawołaj mnie jak zrobisz ciasto, pomogę ci”.
Powstawanie ciasta nie jest już tak interesujące a kuchenka gazowa nie
daje tyle ciepła co węglowa. Obie dziewczynki pomagają, kręcą na zmianę korbką.
Powstają kolejne rzędy równiutkich ciasteczek znikają w piekarniku, żeby po
kilku minutach wyzłocić się i trafić do miski z innymi. Co rusz to któreś
tajemniczo znika.
"Córeczko uważaj na miotłę"
"Dobrze mamusiu" obiecuje wiercipięta.
Hop, hop i miotła odskakuje, piekarnik się uchyla.
"A prosiłam" mówi kobieta i kolejny raz
odtwarza misterną konstrukcję podpórkę
z miotły i lodówki.
Kadr, jakby z poprzedniego grudnia.
Mężczyzna wchodzi do kuchni w momencie, gdy kula
ciasta się kończy.
Kolejny utoczony wałeczek. Kolejne kaczuszki trafiają
do piekarnika, tym razem główki wsparte zapałkami.
Powtarzalność czynności, powtarzalność nadziei,
powtarzalność rozczarowania. Kaczuszki tracą swoją "kaczuszkowatość"
w czasie pieczenia.
Grudzień 1975
Nastolatki siedzą nad książkami, a może z panem
domu przed telewizorem.
Wieczorem kobieta kolejny raz zabiera się do pieczenia
ciasteczek.
Domownicy bez słowa wpadają pojedynczo do kuchni, bez
słowa podkradają jeszcze ciepłe ciasteczka
i znikają. Nikt nie przeszkadza, nikt nie pomaga. Odrabianie lekcji to
perfekcyjna wymówka.
Nawet kaczuszek już nikt nie lepi.
Grudzień 1979
Studentka wpada na Święta do domu na krótko. Wpada bo
tak wypada. Poza tym wszyscy rozjechali się do domów.
Życie we Wrocławiu jest takie ekscytujące. Zaraz po świętach
szybkie pakowanie torby.
Na Sylwestra trzeba być we Wrocławiu.
Przed wyjazdem studentki kobieta ostrożnie układa
ciasteczka w kartoniku.
"Masz córeczko, tylko uważaj, nie przyciśnij, bo
są kruche.
Grudzień
1986 (chyba).
Wieś nad Wartą. Listonosz przynosi paczkę. W środku,
list, opłatek, życzenia, słodycze i kruche ciasteczka.
Po raz pierwszy dawna wiercipięta, teraz młoda matka, nie pojedzie na Święta do rodzinnego
domu. Mąż ma dyżur. Pierwsza samodzielnie przygotowana Wigilia, niby te same
potrawy, ale smak jakby inny.
Nie można czekać na pierwszą gwiazdkę, dyżur jest w
miejscowości obok.
Mąż wyjeżdża, dzieci idą spać. Zostają tylko kruche ciasteczka...
Grudzień, lata
dziewięćdziesiąte
Na przemian albo ciasteczka przyjeżdżają nad Wartę,
albo młoda rodzinka jedzie nad Noteć.
Na ciasteczkach pojawia się czekoladowa polewa i to
jedyna zmiana jakiej się poddały.
Kwiecień 2014
Ponad 90-letnia kobieta z trudem wyrabia ciasto, raczej wyczuwając niż widząc. Mięśnie
powtarzają każdy ruch z pamięci.
Ta sama maszynka, ta sama blaszka z kształtem ciasteczek
czekają cierpliwie w tym samym
miejscu.
W kuchni
kolejny piekarnik, pod oknem kaloryfer.
Wielkanoc u starszej córki. Od wielu lat to jej
przypadło organizowanie rodzinnych świąt.
Młodsza wpada na jeden dzień. Teraz musi dzielić czas między mamę, siostrę i córki. Wkrótce
zostanie babcią.
Tuż przed powrotem do domu dostaje pudełeczko
ciasteczek.
"Córeczko, weź ciasteczka, chociaż wy ich
pewnie nie lubicie."
Mamo, my kochamy te ciasteczka!!!
Wiercipięta, maj 2014
